Ayahuascę zażywałam pod okiem doświadczonych szamanów, legalnie, poza terenem Polski. Wpis ten nie ma na celu zachęcić nikogo do kontaktu z tą rośliną, jest to moje subiektywne odczucie i interpretacja zdarzeń, które miały wtedy miejsce.


Po poruszającym wpisie Krystiana o podróży wgłąb siebie z użyciem grzybów psylocybinowych, przyszła pora na moją opowieść. Od ceremonii Ayahuasca, na której byłam minęły 3 lata. Bardzo długie i intensywne 3 lata. To jedno doświadczenie było dla mnie na tyle mocnym przeżyciem, że potrzebowałam czasu, aby zintegrować je w sobie i zrozumieć czym ono było. Dziś czuję się gotowa, aby o nim opowiedzieć. Uważam, że takie informacje są potrzebne i mogą być przydatne dla zrozumienia samego siebie.

Zapraszam Cię do zapoznania się z moją historią. Wybrałam najważniejsze dla mnie elementy, ponieważ tego doświadczenia nie da się opisać w całości, a działo się podczas niego tyle, że opowiadań starczyłoby na książkę.

Co mnie skłoniło do wzięcia udziału w ceremonii Ayahusca?

Lęk. Przeraźliwy lęk jaki odczuwałam od miesięcy, a może nawet i lat. Potworny demon, który za nic nie chciał odejść. Nękały mnie zaburzenia lękowe, stany paranoiczne, depresja, zaburzenia odżywiania. Mogłabym wymieniać dalej, bo lista ,,diagnoz’’ na pewno w moim przypadku byłaby na tamten moment bardzo obszerna.

Miałam dość. Zwyczajnie, po ludzku dość. Nie widziałam sensu chodzenia na dalsze psychoterapie, czy łykania kolejnych porcji psychotropów. Ayahuasca, w postaci informacji o tej substancji, pojawiła się w moim życiu już kilka lat wcześniej. Zbierałam się do tego około 2 lata. Tak jakbym podskórnie czuła, że to decyzja, do której muszę dojrzeć, że będzie to wydarzenie, które na zawsze odmieni moje życie.

I tak też się stało. 

Przebywałam za granicą i stamtąd wyruszyłam do innego kraju, aby spotkać się na ceremonii z innymi przybyszami i szamanami. Jechałam przygotowana. Mentalnie, duchowo, fizycznie. Czułam lęk i jechałam się z nim spotkać. Bez uciekania, bez ,,cackania się z nim’’. Wiedziałam, że jadę do profesjonalistów, prowadził mnie wewnętrzny, bardzo silny głos. 

Bałam się. I to jak.

Nie miał być to mój pierwszy kontakt z psychodelikiem. Miałam kilka ciekawych doświadczeń wcześniej, jednak czułam, że tym razem będzie to doświadczenie zupełnie innej rangi. Miałam w sobie dużo pokory i wyruszyłam w podróż, aby poprosić o pomoc. 

4 dni, które nastąpiły później wywróciły moje życie do góry nogami.

Ceremonia Ayahuasca – dzień pierwszy i drugi

Spotkanie trwało 4 dni, w trakcie których przez 2 noce piliśmy Ayahuascę. Ubrani w ceremonialne szaty weszliśmy do sali, szaman rozlał pierwszą porcję. Czytałam, że Ayahuasca jest okropna w smaku, ale mi smakowała. Lekko cierpka, fajna. Zaśmiałam się pod nosem i położyłam na macie.

Ayahuasca zaczęła szybko działać. Zapętliłam się w umysł, w kółko analizowanie tego samego. Wstyd, upokorzenie. Wiedziałam, że szamani wiedzą co się dzieje w moim umyśle i było mi wstyd. Bo nie potrafiłam tego ogarnąć, czułam się zażenowana sobą.

Wpadłam w pętlę umysłu i zupełnie nie umiałam z tego wyjść. Bezsens. Widziałam wyświetlające się w głowie procesory, wtedy zrozumiałam, że jesteśmy biotechnologią. Myśli przesuwały się jak trybiki na planszy gry komputerowej. Odpaliły mi się wszystkie programy, czyli poczucie bycia gorszą, lęk przed wyśmianiem, lęk przed odrzuceniem. Gorycz. Przyjęłam to, myślę, że w miarę dobrze, chyba spodziewałam się czegoś innego, a tymczasem – to co na co dzień, tylko 5 razy mocniej. Trwało to około 2 godziny. Później nastała przerwa i runda druga. Bez wahania wypiłam kolejny kieliszek.

Po kilku minutach poczułam w głowie głos, który mówił mniej więcej ,,Jesteś gotowa porzucić te umysłowe brednie i doświadczyć czegoś zupełnie innego?’’. Bez wahania zgodziłam się. 

To, co wydarzyło się później zakrawa na science-fiction. Zostałam dosłownie wyrzucona w zupełnie inną przestrzeń. Gdzie wtedy byłam? Nie wiem i nie dociekałam tego nigdy później. Rozpoczął się bardzo bolesny proces transformacji mojego ciała. Czułam energie wyszarpujące mi twarz, rozdzierające ciało.

Mam bardzo mgliste wspomnienia z tego momentu – mój umysł i świadomość były w zupełnie innym stanie. 

W pewnym momencie poczułam wiercenie, zupełnie jak borowanie u dentysty, tylko, że w mojej głowie. Było to bolesne, a ja byłam przerażona. Przerażona jak nigdy wcześniej w życiu. Chciałam skonfrontować się z lękiem? No to proszę bardzo. Wiedziałam, że dzieje się coś bardzo mocnego, spanikowałam, ale dosłownie nie byłam w stanie się ruszyć. W międzyczasie widziałam kolorowe wizje, bardzo ładne obrazki, które umilały mi to doświadczenie. Komunikowały się ze mną istoty, które wiedziały, że bardzo się boję i cierpię. Od czasu do czasu proces ustawał, abym mogła odpocząć. 

W momencie, gdy już byłam wycieńczona i przerażona do reszty, doczołgałam się do szamanki, wtuliłam się w nią, odpłynęłam zupełnie. Dostałam wiadomość telepatyczną od istot, że już dobiega końca i jest wskazane, abym wytrwała w procesie. Pomagano mi, czyszczono moje ciało. Zgodziłam się, cóż mi pozostało. Później nie wiem co się działo. 

Ocknęłam się w pustej, czarnej przestrzeni. Zostałam tylko ja i moje koszmarne myśli. I ta świadomość, że to już na zawsze. Że trafiłam do piekła i już z niego nie wyjdę.


Z perspektywy lat rozumiem teraz, że tak – piekło i niebo to nic innego jak stany naszego umysłu.

Doświadczałam istnego piekła na Ziemi, a zafundowało to nic innego jak uwikłanie we własny umysł.

Zawsze mamy wybór, zawsze możemy dokonać zmiany, jesteśmy Mistrzami swojego losu i to od nas zależy, co wybierzemy – piekło, czy niebo.


Potem umierałam. Kilka razy, nie chciałam wracać na tą planetę. Bo po co? Dalej się męczyć? I znowu śmierć. Ale czy na pewno chcę umrzeć? Znowu spytał ten głos. I nagle zrozumienie, że przecież mam rodzinę, przyjaciół, chłopak na mnie czeka. Ja ich kocham. Ja chcę wrócić, żeby ich kochać! O to tu chodzi. Pojawiły się wizje Jezusa, Buddy, wiedziałam, że chrystusowa świadomość budzi się w ludziach, we mnie, mam wrócić, żeby wspólnie tworzyć nowy świat. I Słowianie, o tak, poczułam moc, będzie się działo. Wracam. 

Bo w Życiu o to chodzi właśnie, żeby się cieszyć, śmiać, kochać, doceniać drobne rzeczy, uśmiech na twarzach naszych bliskich, wspólne picie herbaty, spacery…

Obudziłam się nad ranem. Otworzyłam oczy i nie widziałam nic. Straciłam wzrok – taka była pierwsza myśl. Zalały mnie koszmarne fale lęku. Miałam przebłyski tego co się działo w nocy. Borowanie, ten dźwięk, ból, panika. ,,Coś poszło nie tak, straciłam wzrok’’ – myśli wracały cały czas. Nie wiedziałam, gdzie jestem, gdzie jest sufit, gdzie podłoga. ,,Czy ktoś jest obok? Pusta, cisza, czerń. Czemu nie słyszę nikogo innego?” Przerażenie, lęk, panika jakiej nie czułam nigdy w życiu przeszywały moje ciało i umysł na wskroś. Cały czas powracały myśli lękowe, że po takim doświadczeniu ja już się nie pozbieram psychicznie, że jak wrócę to zamkną mnie w psychiatryku, albo sama się tam zgłoszę. 

I poddałam się. Ok, jeśli straciłam wzrok to tak miało być, wszystko dzieje się po coś. Muszę to zaakceptować. Z drugiej strony próbowałam się uspokoić, poczuć ciało, usnąć. Tłumaczyłam sobie, że na pewno jestem bardzo zmęczona po ceremonii i mózg jeszcze nie wrócił do sprawności, na pewno jak się zdrzemnę, wszystko wróci do normy. Ale lękowe myśli nie dawały spokoju. Leżałam tak na przemian próbując zaakceptować to, co się stało (według mojego lękowego wyobrażenia) i próbując się uspokoić i zasnąć. 

Odpłynęłam. Obudził mnie promyk wschodzącego słońca przedostający się zza czarnej kotary, która bardzo szczelnie zasłaniała okna pomieszczenia, tak, że nie było widać łuny księżyca. Po prostu było ciemno. Nie mogłam nic widzieć, bo było ciemno.

,,Ahhh… umyśle. Lęku i Twoje sztuczki. Co Wy ze mną robicie, targacie mną jak chcecie…’’ 

Ulga. Łzy. Zrozumienie. Kolejne iluzje umysłu zdemaskowane. 

,,Ja widzę! Dziękuję, tak bardzo dziękuję. Tak kocham widzieć, tak piękny jest Świat, ja chcę go oglądać. Tak bardzo dziękuję, że widzę.’’ Odetchnęlam. Usnęłam na kilka minut, ale poranek już nadciągał i czas było wstać.

,,Grubo. Tego się nie spodziewałam. Nigdy już nie zażyję żadnej substancji zmieniającej świadomość. Jak ja sobie poradzę z tym czego doświadczyłam? Kompletnie zeświruję po tym wszystkim.’’ –  Cała się trzęsłam. ,,Wracam do domu, to za dużo jak na mnie.’’ – pomyślałam.


Dziś na wspomnienie tego doświadczenia czuję rozbawienie, a dni spędzone na ceremoniach wspominam jako jedno z najbardziej pouczających doświadczeń w moim życiu.

I jedno z najtrudniejszych, bez wątpienia.


Ceremonia dzień drugi i trzeci

Powiedziałam szamanowi, że wracam do domu. Uśmiechnął się. ,,Słyszę to często po pierwszym dni. Daj sobie kilka godzin, podejmiesz decyzję wieczorem. Będziesz żałować jak wrócisz.’’ – powiedział. 

Ledwo stałam na nogach. Wycieńczona po nocy. Bałam się zasnąć. Bałam się puścić kontrolę. Bałam się, że jak zasnę, coś złego się stanie. Jak mam taka zmęczona znowu wziąć udział w ceremonii? Ale moment. Nie po to tu przyjechałam. Chciałam zmierzyć się z lękiem, a tymczasem uciekam po pierwszym dni. ,,Nie tak prędko moja droga’’ – odezwał się głos z mojego wnętrza. 

Drugiego wieczoru wypiłam kieliszek i położyłam się na macie. Szamani zaczęli grać na bębnach. Ja postanowiłam, że po prostu sobie poleżę. Poprosiłam Ayahuascę o delikatność. I tak też się stało. Pierwszą rundę przeleżałam słuchając dźwięku bębnów. Był przerażający. ,,Jak Ci ludzie to ogarniają? Co tu się w ogóle dzieje?’’.

Druga runda. Wypiłam. Sama w to nie wierzyłam. No, ale odwagi mi odmówić nie można w życiu. Tym razem postanowiłam, że puszczę kontrolę. Choć trochę. Bałam się powtórki z rozrywki, bałam się, że ta ceremonia będzie jeszcze gorsza, a ja tego nie wytrzymam.

Odwaga jednak była mocniejsza.

Połączyłam się ze Źródłem. Ekstaza. Płakałam z radości. Usiadłam patrząc na grających szamanów, którzy opiekowali się innymi uczestnikami. Miałam ochotę śpiewać z nimi. Popatrzyliśmy na siebie, czułam się jedną z nich przez chwilę. Ale zaraz… co ja sobie wyobrażam? I znów poczucie wstydu, bycia gorszą, odrzuconą… i przecież to ja samą siebie odrzucam. I tłumię moją radosną ekspresję, ograniczam, nie pozwalam być sobą.

Skuliłam się na podłodze, owinęłam kocem. Zaczęłam płakać. ,,Przepraszam Cię, że jestem taka surowa, taka krytyczna wobec Ciebie, a przecież Ty jesteś wspaniała. Przepraszam, że jestem takim katem, tak Cię stale osądzam i ranię.” Leżałam długo, głaszcząc się, tuląc i prowadząc wewnętrzny dialog. ,,Tyle bólu we mnie, tyle smutku, chcę się Tobą zaopiekować. Tak dużo przeszłaś w życiu, bądź dla siebie delikatna… już dość cierpienia’’.

Kryształowe, delikatne łzy spływały po moich policzkach. Były przyjemne. ,,Ah jak dobrze w końcu być słabą. Nie muszę już być taka silna. Jestem wrażliwa, chyba trochę bardziej niż myślałam…‘’. Proces tulenia siebie i wewnętrzny monolog trwał chwilę, ale i to musiało się kiedyś zakończyć.

Jeden z uczestników dotknął w pewnym momencie moich pleców, pozwoliłam mu na to, bo poprosiłam o rozmasowanie spięć. I nagle wizja, wróciłam do przeszłości, do scen, w których uprawiałam przygodny, brutalny seks, poczułam ile ,,brudu’’ z tych sytuacji we mnie zalega. Wymiotowałam długi czas samą energią, czułam, że to ze mnie wychodzi. 

Autodestrukcja towarzyszyła mi przez lata i narobiła niezłego bałaganu.

Tej nocy także nie zasnęłam, czułam, że ten proces trwa nadal.

Następnego dnia byłam totalnie wykończona, przerażona. ,,Tak ma wyglądać spotkanie z lękiem? Teraz boję się jeszcze bardziej. Jak ja to ogarnę? Jak mam wrócić do rzeczywistości?” Milion myśli i emocji kotłowało się we mnie. Ale jakiś głos wiedział, że i z tym sobie poradzę, choć będzie to cholernie trudne. ,,Bo ja sobie ze wszystkim dam radę. Jestem dzielna.’’ – wspierałam się. 

Szamanka popatrzyła na mnie ,,Jesteś mądra, będą z Ciebie ludzie.’’ – to zdanie towarzyszyło mi przez kolejne miesiące. W kryzysowych momentach podtrzymywało mnie na duchu. Mam wielki szacunek do tej kobiety i jej słowa miały dla mnie dużą wartość. 

3 lata po ceremonii. Co się wydarzyło?

Tak jak się spodziewałam miesięcy tygodni po ceremonii były koszmarne. Wiedziałam, że zaczął się zupełnie nowy etap mojego życia. Trudny. Całe życie było trudne, nie wiem czego się spodziewałam po ceremonii, ale nie takiej intensywności. Chyba najtrudniejsze momenty mojego życia.

Lęki nasiliły się tak, że nie dawałam rady normalnie funkcjonować, ale jednocześnie zachowywałam cały czas dość klarowną świadomość, czułam, że proces trwa nadal i potrwa jeszcze trochę.

Wiedziałam, że muszę coś zrobić. Zobaczyłam ile w sobie mam do uporządkowania. Podjęłam decyzję o rozpoczęciu intensywnej pracy z wewnętrznym dzieckiem. Trafiłam na świetną specjalistkę, z którą regularnie pracowałam. Wróciłam na regularną terapię.

Zaczęłam interesować się, czym tak naprawdę jest lęk. Jak powstaje, jak działa. Skierowałam się w stronę neurobiologii, psychologii i technik typu ustawienia Hellingera. Zaczęłam mocną pracę z cieniem. I pokochałam ten cień, naprawdę, jestem zakochana! 

Tam, gdzie ciemno, tam się kryją skarby. Jestem niesamowicie wdzięczna za to doświadczenie, wiem, że potrzebowałam takiego mocnego bodźca, kopniaka, aby zacząć solidną pracę nad sobą. Oczywiście, od lat to robiłam, ale zawsze bardzo powierzchownie. Teraz wiedziałam, że nie ma odwrotu, albo coś zacznę naprawdę zmieniać, albo będę się męczyć do końca życia. 

I zmieniam. Cały czas. Jestem zupełnie inną osobą i już nie boję się lęku. Nie boję się siebie. Jestem odpowiedzialna za to, co tworzę. Kocham życie, kocham siebie. Wykonałam taką pracę nad sobą, że kłaniam się sobie. I z radością rozwijam się dalej. Bardzo dużo zrozumiałam i zbudowałam wspaniałą relację ze sobą.

Polubiłam sprzątać. I sprzątam. W swojej głowie, w swoim ciele, w swoim domu. Rozkwitam. W ciągu tych 3 lat pracowałam nad sobą wieloma technikami, uwielbiam się rozwijać i śmiało mogę powiedzieć, że żyję w niebie. 

W piekle już byłam, czasem lubię tam zajrzeć z ciekawości, nie boję się.

Czy pojechałabym na ceremonię jeszcze raz?

Nie czuję takiej potrzeby. Dostałam tam takie nauki, że starczyłoby na kilka wcieleń tak sądzę. A na codzień tyle się dzieje, że mogę całe swoje życie nazwać ceremonią – ceremonią kreacji, radości, rozwoju. Nie zawsze jest lekko i kolorowo, ale pozbyłam się iluzji, że kiedykolwiek tak będzie. Uwielbiam Życie w każdej jego odsłonie.

Ile w tym zasługi Ayahuasci, a ile mojej pracy?

Na pewno ceremonia była ogromnym punktem zwrotnym i kopniakiem. Solidnym kopniakiem w tyłek, lekcją pokory i zaufania do życia. Jednak bez pracy, którą postanowiłam wykonać potem, z pewnością nie byłoby mnie tu, gdzie jestem teraz.

Ayahuasca to potężny nauczyciel i mam do tego ducha ogromny szacunek. 

Kochani, życzę Wam dużo odwagi do zaglądania w siebie! A lęk… to tylko lęk. Po prostu emocja. A myśli to myśli. Po prostu są. Nie trzeba się utożsamiać ani z jednym, ani z drugim. 

,,Miej serce i patrzaj w serce!’’ – napisał Adam Mickiewicz.

A ja mówię ,,Mam serce i patrzę sercem’’.

 

Miej odwagę zaglądać w siebie!

Pozdrawiam,

Izabela Kaczmarska